Uruchamianie środowiska graficznego

Po utworzeniu odpowiedniego pliku /home/użytkownik/.xinitrc czas zdecydować jak chcemy i czy w ogóle chcemy uruchamiać nasze środowisko graficzne automatycznie. Służy do tego mechanizm tzw. runleveli, dostępny w /etc/inittab. Najczęściej po prostu zaznaczamy, że chcemy startować system do runlevelu 5, co spowoduje włączenie środowiska graficznego. Można je co prawda uruchamiać w 3, przeznaczonym dla konsoli, na zasadzie demona (wpisuje się tam menedżer logowania, taki jak kdm, xdm czy gnomedisplaymanager), ale najpopularniejsze i chyba najlepsze jest właśnie rozwiązanie przez runlevele. Następnie możemy skonfigurować nasz menedżer logowania czy powinien wpuszczać użytkownika bez podania hasła. Jeśli pracujemy samodzielnie na komputerze, warto załatwić sobie autologowanie. KDMa konfigurujemy przez GUI, menedżery typu slim posiadają plik konfiguracyjny tak jest nawet szybciej. Po zalogowaniu do środowiska graficznego powinniśmy już mieć wszystkie potrzebne uprawnienia. Zapomnieliśmy jednak o dźwięku! Najczęściej załadowaniem odpowiedniego modułu zajął się już udev i teraz wystarczy pogłośnić odpowiednie suwaki w alsamixerze. Jeśli korzystamy z pulseaudio, nawet tego nie trzeba robić. Pulseaudio jest jednak dosyć denerwującą nakładką, która nie zawsze działa poprawnie, na nieszczęście jest wymagana przez GNOME.

Instalacja systemu dla zaawansowanych

Umiejętność instalacji systemu od zera nie jest czymś wyuczonym. Polega na czytaniu i jeszcze raz czytaniu oraz niestety, na dużej erudycji linuksowej. Trzeba się po prostu znać na bardzo wielu rzeczach, albo się poznać w trakcie doczytywania podręcznika instalacji. Trzeba wiedzieć cokolwiek o bootowaniu, jeśli chce się uruchomić system z płyty. Trzeba wiedzieć coś o architekturach procesora, jeśli chce się ściągnąć poprawny obraz dla swojego komputera. Trzeba wreszcie mieć pojęcie o protokole IP, jeśli chce się skonfigurować sieć. Instalacja zaawansowanego Linuksa wymaga zaawansowanej wiedzy, której użytkownicy Windows najczęściej nie posiadają. Oczywiście nikt nie każe się tego wszystkiego uczyć jest to dla pasjonatów, którzy to lubią. Jeśli chcemy ściągnąć na przykład Ubuntu, zostaniemy przywitani przez kolorowe przyciski „ściągaj tutaj”, dostaniemy szczegółowy instruktaż jak płytę przygotować, a jeśli i tego nie potrafimy, otrzymamy płyty pocztą i to zupełnie za darmo… nie spotkamy się z tak dobrym traktowaniem w dystrybucjach dla zaawansowanych, choć podręczniki napisane są dobrze, szczegółowo i z szacunkiem. Debian z dystrybucji typu KISS oferuje także płyty, choć za drobną opłatą. Za opłatą możemy je też dostać z allegro oraz od prywatny osób z forum, choć i za darmo też mogą dać.

Wolność wyboru naszą siłą

Właśnie z powodu ludzi, którzy lubią robić rzeczy po swojemu, powstało tyle różnych dystrybucji, w tym właśnie gentoo, gdzie nawet w podręczniku wiele razy mówi się o tym, że „it’s all about the choices”. Wybory są siłą gentoo, podobnie jak wolność i wybór są siłą Linuksa i w ogóle wszystkich ludzi. Sprawa nie jest tak prosta, jakby się wydawało. Początku Linuksa sięgają 20 lat wstecz, gdy powstawały pierwsze jądra. Było to związane z ruchem hackerów, którzy dusili się w zamkniętym oprogramowaniu, chcieli czegoś więcej. Ruch open source znany jest z kontrowersyjnych postaci, takich jak Eric Raymond czy RMS. Oni to, ci wolnomyśliciele, anarchiści i poliamorfiści, stworzyli podwaliny pod filozofię, na bazie której powstała licencja GNU GPL i cały model biznesowy Wolnego Oprogramowania. Dlatego w tej chwili znajdziemy wiele „smaków” Linuksa: dystrybucje dla początkujących, dla zaawansowanych, dla lesbijek, dla chrześcijan, pod serwery, dla ceniących wybór, narodowe, do mediacenter i wiele, wiele innych. Cokolwiek by nie wymyślić, pewnie istnieje już taki Linux. Wolność jest podstawowym pojęciem znanym linuksowym aktywistom i często jej bronią przed zakusami choćby polityków, chcących logować ruch internetowy i cenzurować strony pedofilskie. Jeszcze krok, a cenzura będzie dotyczyć innych aspektów życia mówią.

Nośniki instalacyjne z Linuksem

Aby zainstalować Linuksa, należy wpierw przygotować sobie jakiś nośnik. Może to być pamięć USB, może to być płyta CD lub DVD, a może nawet twardy dysk lub sieć. Instalować można ze wszystkiego i nie wymaga to często bootowania. Gentoo instaluje się równie dobrze z innego systemu operacyjnego. Właśnie to jest siłą Linuksa, że można z nim zrobić cokolwiek. Ludzie śmieją się, że Linux działa im na opiekaczu i w czajniku. Istnieje też taki śmieszny program w KDE, kteatime, który robi herbatę. Oczywiście on jej nie robi, zajmuje się jedynie bagatela odliczaniem czasu, jednak może ją robić. Wystarczy napisać odpowiedni skrypt i mieć urządzenie właśnie typu czajnik które podłączymy pod port (na przykład USB), którym będziemy kontrolować układ elektroniczny, spełniający funkcję włączenia i wyłączenia czajnika. Ten naturalnie musi mieć zasilanie sieciowe, z USB nie zadziała raczej, no chyba że z zasilacza, ale tego też bym osobiście nie próbował. W Internecie znajdują się instruktarze jak taki układ wykonać i jak napisać skrypt, który wraz z kteatime będzie kontrolował czajnik. Jest to z pewnością fajna zabawka dla geeków, ale w praktyce mało przydatna. Można sobie wyobrazić zdziwienie znajomych, gdy uruchomisz czajnik na wodę z poziomu KDE. No cóż, każdy ma swoje fantazje i widzimisię.

Różne rodzaje instalacji Linuksa

Instalacja systemu linuksowego znacznie różni się w zależności od dystrybucji. Najbardziej „hardkorowa” była instalacja gentoo od stage1, gdzie najpierw trzeba było sobie zbudować programy do bootstrapu. W tej chwili gentoo nie wymaga już aż takich skomplikowanych czynności, domyślnie instalacja rozpoczyna się od stage3, co jest znacznym ułatwieniem. Weźmy jednak pod uwagę, że instalacja taka nie ma nic wspólnego z instalowaniem Windows czy Ubuntu tutaj naprawdę wiele rzeczy trzeba zacząć od zupełnego zera. Jest taki żart, że jakby linuksiarza zostawić ze scyzorykiem na Syberii, to po dwóch latach miałby on już igloo i serwer pocztowy w domenie syberia.org. Rzeczywiście, wiele rzeczy trzeba zacząć od zupełnego początku. Podobną instalację typu miniiso posiadają też inne systemy, jak na przykład Archlinux, Slackware i inne, bazujące na Slackware, choćby Zenwalk. Istniała polska dystrybucja, niestety już nieboszczka, KateOS, gdzie instalator także bazował na tym ze Slackware i był w całości napisany w bashu i ncurses. Instalowanie Ubuntu przy tym wygląda jak „dalej, dalej”. Tutaj też klika się dalej, jednak trzeba skonfigurować wiele rzeczy ręcznie, znając się na plikach konfiguracyjnych i innych mechanizmach linuksowym, zaś z /etc nie wolno mieć problemów. Oczywiście nie dla każdego taki system.

Komuna kapitalistyczna i hakerzy

Firma, chcąca używać wolnego oprogramowania, skuszona jest jego darmowością, właśnie otwartością i możliwością dostosowywania do swoich potrzeb. Aby je dostosowywać, musi zatrudnić programistę. Ten, forkując jakiś program, najczęściej musi przy każdym wydaniu wykonywać coraz więcej pracy, dostosowując nowszą wersję do własnych modyfikacji. Aby tego uniknąć, stosuje się manewr polegający na podsyłaniu modyfikacji twórcy. Jeśli zostaną włączone do głównego drzewa, świetnie. Najczęściej taki programista jednak otrzymuje dostęp do systemu utrzymywania treści CVS, SVN czy innego Gita, i tam przeprowadza swoje modyfikacje w porozumieniu z opiekunem. Często on sam nim zostaje. Dlatego w jądrze mamy tylu programistów z wielkich zewnętrznych firm. Skoro IBM wypuszcza laptopa i chce, żeby on działał pod Linuksem, musi sobie napisać sterowniki. Więc pisze i je utrzymuje. Podobnie oracle, jeśli chce mieć działającą bazę danych, musi zajmować się udrażnianiem podsystemów I/O i wielu innych rzeczy. Tym sposobem Linux staje się coraz bardziej komercyjny i szarpany na różne strony przez prywatne potrzeby firm. Na szczęście ten model rozwoju, z pewnymi minusami, generalnie sprawdza się także dla użytkowników. Warto jednak zauważyć, że ci ostatni mają mało do powiedzenia przy jądrze. Zdecydowanie jednak więcej niż w Windows.

Słowo o licencjonowaniu – GPL v3

Linux, podobnie jak programy GNU, dystrybuowany jest na licencji GNU GPL. Ostatnio wyszła trzecia wersja tej licencji, której nie zaakceptował Linus Torvalds, pozostawiając jądro na licencji w wersji drugiej. Trzecia wersja była bardziej restrykcyjna pod względem systemów ograniczających wolność, takich jak DRM i generalnie była jeszcze bardziej „ideologiczna”. Cechą wspólną wszystkich licencji GNU jest zapewnienie odbiorcy oprogramowania takich samych możliwości, jakie posiada licencjonujący. Dla użytkownika musi być przede wszystkim wolny dostęp do kodu źródłowego jest to wymaganie absolutnie podstawowe. Użytkownik powinien mieć możliwość jego czytania oraz modyfikowania i wypuszczania swoich modyfikacji niestety, a może i dobrze, pod tą samą licencją. Z tego właśnie powodu powstało wiele licencji jeszcze bardziej od GPL liberalnych. Można zapytać jak to jest, że programy z otwartym kodem na siebie zarabiają. Jest to o tyle proste, że służą one do celów biznesowych. Firma chętniej wybiera otwarte oprogramowanie, gdyż ma pełen wgląd w to, co program robi. Nie musi się upewniać, że nie ma w nim backdoorów i innych niechcianych wstawek po prostu nie ma, bo ktoś by je już dawno zauważył. Poza tym firmy potrzebują różnych niestandardowych funkcjonalności, za które są w stanie zapłacić.

Co z grami pod pingwinka?

Jeśli chodzi o linuksowe gry, to tutaj nie jest tak różowo, jak na konkurencyjnym Windows. Co prawda tak właściwie gry działają tutaj lepiej, nawet jeśli jest to działanie pod emulatorem po prostu szybciej i stabilniej jednak nie ma ich zbyt wiele. Wersje natywne wychodzą z opóźnieniem i nie zawsze działają tak dobrze, jak ich windowsowe odpowiedniki. Nie wspominając już o spolszczeniu, które dystrybutor przygotowuje tylko na jedyny słuszny system operacyjny, tak więc trzeba je nielegalnie ściągnąć z warezu i przystosować do naszej wersji. Mimo to, istnieje wiele przykładów, że ludzie sobie radzą. Steam działa bez problemu pod wine. Problemem jest oczywiście znowuż sam steam, który zmusza do ściągania wielu gigabajtów danych, zajmuje miejsce w RAMie, posiada błędy i generalnie źle działa. Dlatego często po gry zagląda się znowu w źródła nielegalne, czasem przelewając twórcom bezpośrednio kilka dolarów za kradzież gry. No cóż, można i tak. Fakt jest jednak taki, że Linux od dłuższego czasu jest komercyjną platformą, choć ma otwarte źródła. Jeśli ktoś o tym wątpi, wystarczy przejrzeć źródła jądra: znajdziemy tam programistów, posiadających maile w domenie ibm, intel, sun, oracle, a nawet microsoft. Jest to zwykły model rozwoju oprogramowania open source i dzięki niemu ono działa.

Systemy plików w Linuksie

Systemy plików w Linuksie to całe zagadnienie. Zacznijmy od tego, że od samego początku Linux własnego systemu plików nie posiadał korzystał z EXT miniksa. Później w ramach rozwoju tego systemu plików powstało ext2 oraz rozszerzenie z księgowaniem ext3. Faktycznego systemu pochodzącego ze społeczności Linuksa nie było. Istnieje do tej pory xfs prywatnej firmy, wykorzystywany na urządzeniach z Androidem. Bardzo lekki, szybki i funkcjonalny, jednak cokolwiek niebezpieczny jeśli chodzi o przechowywanie danych, szczególnie na komputerach, które nie mają systemu awaryjnego zasilania. W ramach jądra Linuksa powstał projekt reiserfs i reiser4, tworzone przez Niemca, Hansa Reisera. Miały to być systemy plików z drzewem semantycznym B+ oraz ekstentami i wieloma innymi udogodnieniami. Reiser przede wszystkim miał być szybki. Projekt to na pół komercyjny, pieczę nad nim objęła firma Namesys. Reiser w wersji trzeciej stał się na tyle stabilny, że włączono go do jądra. Niestety, w trakcie prac nad czwartą wersją, programistę, Hansa Reisera aresztowała policja za morderstwo żony. Okazało się po kilku miesiącach, że najprawdopodobniej rzeczywiście on tego dokonał, przyznał się przynajmniej. Ostatnimi czasy głośno było nad czwartą wersją systemu plików ext. Ext4 posiadać ma wiele zaawansowanych funkcji.

Kontakt z programistami, łatanie dziur

Linux, co jest wiadome nie od dzisiaj, odporny jest na działanie wirusów i innych zagrożeń internetowych. Ludzie chwalą się, że nie posiadają ani antywirusa, ani zapory, ani nie przejmują się specjalnie zagrożeniami. I jest to prawda, większość wirusów linuksowych po prostu nie działa. Działały wcześniej, gdy wiązało się to z istnieniem luki, która ich działanie umożliwiała. W tej chwili luka została załatana, gdyż w świecie open source dzieje się to bardzo szybko, czasem nie trzeba na to nawet jednego dnia. Przydatny jest tutaj kontakt z developerami za pomocą systemu zgłaszania błędów. Można także ich zastać na kanałach IRC do tego przeznaczonych oraz na listach mailowych. Kontakt z linuksowymi programistami jest jak najbardziej możliwy i bardzo często z tej możliwości się korzysta. Udzielają się oni na forach i pomagają użytkownikom, w miarę czasu i możliwości. Ważne jest także wsparcie społeczności. Wokół projektu najczęściej tworzy się grupa osób, które poznają bardzo dobrze jego szczegóły i doradzają wszystkim, którzy mają pytania i problemy. Ci ludzie zwykle nie mają kontaktu z programistami, choć i tu zdarzają się wyjątki. Społeczność czasem pomaga programistom w prostszych zadaniach oraz zajmuje się kwestiami public relations i reklamą. Udziela też wsparcia technicznego.